Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 października 2014

Świat zobaczył.

Miałam ochotę zacząć ten post od jakiegoś siarczystego przekleństwa, które ładnie określiłoby mój stan przez ostatnie kilka dni, ale jakoś tak się powstrzymałam. Przecież sama nie lubię jak inni przeklinają.
Cóż mogę rzec? Wszystko się posypało. Od poniedziałku z dnia na dzień jest coraz gorzej. Obudziłam się wtedy rano i chciało mi się płakać. Nie miałam na nic siły. Zaczął mnie strasznie boleć brzuch, musiałam naprawdę się spiąć, żeby nie zwrócić śniadania. Przekonałam mamę, żebym została w domu, nie dałabym rady przeżyć całego dnia w szkole. Nienawidzę tego miejsca.
Wtorek - niewiele się zmieniło. Miałam dzień wolny, ale mimo to chciałam wstać, według mojego postanowienia, o 6:30. Nie udało się, mimo że poszłam spać naprawdę wcześnie. Gdy zobaczyłam 8:00 na zegarku nagle wszystkie emocje zaczęły się wylewać z moich oczu i nie przestawały przez następne pół godziny. 
Po południu spotkałam się z chłopakiem, ale nawet nie czerpałam z tego radości. Chyba ani razu się nie uśmiechnęłam. Jego żarty wydawały mi się takie płytkie, wszystko w nim widziałam na czarno... dlaczego? Wieczorem byłam na basenie, jak co tydzień. Po raz pierwszy pływanie i spotkanie z moją najlepszą przyjaciółką nie poprawiło mi humoru, ale jeszcze bardziej zdołowało. Tak na dodatek nie mogłam nawet spać w swoim pokoju bo zaczęłam sprzątanie szafy i ciuchy zajęły mi łóżko.
Nadeszła środa. Totalna masakra pod każdym względem. Rano brat nie chciał na mnie poczekać idąc do szkoły i znowu byłam sama. Taka błahostka, a wycisnęła ze mnie łzy. W szkole prawie z nikim nie gadałam, chyba, że musiałam. Siedziałam cały czas sama. Nie lubię przebywać w miejscach, gdzie jest dużo ludzi i wtedy właśnie mnie to dopadło. Dostałam ataku paniki, a nie mogłam odetchnąć świeżym powietrzem, odejść od wszystkich choćby na chwilę, nie miałam nikogo, z kim mogłabym pogadać, kto by mi pomógł.
Po południu nie miałam na nic sił. Na próbie chóru w ogóle mi nie szło. Potem pojechałam z tatą i bratem po buty na jesień, to jeszcze mój kochany braciszek się obraził. Wróciłam do domu i byłam tak głodna, że zjadłam suchą grahamkę, jabłko i kuleczki jaglane. Czułam się tak podle. Chciałam tylko iść spać, ale nawet to nie było mi dane, bo pokój nadal nie nadawał się do użytku, a moja rodzina chciała oglądać telewizję tam, gdzie miałam spać. W efekcie poszłam do swojej garderoby, bo tam było cicho... ale cholernie niewygodnie, więc się wyniosłam. Zeszłam na dół do salonu, zwinęłam się w kulkę na fotelu. Miałam dość wszystkiego.
Miałam dość ludzi.
Miałam dość dźwięków.
Miałam dość życia.
Usnęłam, ale mama mnie obudziła i kazała się ogarnąć. Jakoś nie wyszło.
Znów zaczęłam płakać. Uspokoiłam się dopiero gdy przy mnie tata włączył "Notting Hill" i został ze mną, aż się położyłam. Zdołałam usnąć.
Ahh, nie wiem czy jest jeszcze sens opisywać dzisiejszy dzień. Jest tak żałosny jak wszystkie pozostałe. Gdy wstałam rano poczułam straszny ból brzucha. Czy to stres, czy to coś poważnego, sama już nie wiem. Byłam strasznie roztrzęsiona, prawie wymiotowałam, poprosiłam rodziców, żebym mogła zostać w domu.
Nie zgodzili się. A ja naprawdę  nie mogłam tam iść. Nie po raz kolejny. Nie dałabym rady psychicznie.
Pękłam po raz kolejny. Nie byłam w stanie nawet zdjąć plecaka, gdy w końcu zdecydowali, że mogę zostać. Babcia zrobiła to za mnie. Zabrali mnie do lekarza rodzinnego, przepisała mi jakieś leki na ten brzuch.
I tak właśnie wylądowałam tu, na kanapie. Nie mogę prawie nic jeść, nie mogę iść biegać. Jestem wykończona. Pół dnia przespałam. A jutro znów muszę iść do szkoły.
Do mojego przekleństwa.
Do piekła.
I do tego teraz wszyscy wiedzą, jak bardzo jest ze mną źle. Moi przyjaciele, mój chłopak, moi rodzice. I wszyscy się martwią, a ja chciałabym, żeby mnie po prostu zostawili samą. 
Ja już nie mogę. To po prostu za dużo.

wtorek, 30 września 2014

Klękam przed tobą, Tato

Bycie samym w tym co się robi nie jest łatwe. Gdy idę na noc filmową ze znajomymi, z popcornem i coca-colą ciężko się opanować i nic nie jeść, gdy wszyscy dookoła to robią. Jednak nie to jest najgorsze. Pewnych rzeczy nie zrozumie nawet najlepsza przyjaciółka. Nie dotrze do niej powód, dla którego płakałaś przez pół godziny po ukończeniu ćwiczeń. Twój chłopak nie pojmie tego, że chcesz wyglądać inaczej. Mama będzie się patrzeć dziwnie, gdy tobie zrobi się przykro, bo rodzeństwu kupiła słodycze, a tobie nie, bo się odchudzasz.
Pisanie pamiętnika kiedyś mi pomagało. Ale po pewnym czasie spojrzałam na to bardziej realistycznie. To tylko zeszyt. Nie osoba. Nie wypowiedziałam tych słów na głos, nadal nikt nie wie. Mogę oszukiwać samą siebie, ale jaki w tym sens?
Dzisiaj w nocy nie mogłam zasnąć. Czułam się okropnie samotna. Uczucie to często mnie dopada, gdy dookoła jest ciemno, cicho. Mózg jakby żartuje sobie ze mnie i podpowiada, że zostałam sama, nikogo nie obchodzę. Mogę płakać, nikt nie przyjdzie spytać o co chodzi. Mama nie zawsze będzie w domu by przyjść i utulić. Przyjaciółka nie będzie siedzieć codziennie na telefonie do późnej nocy.
A co, jeżeli jest ktoś, kto zawsze cię wysłucha i pocieszy?
Nie należę do osób religijnych. Moja wiara... czy ona w ogóle jest jakakolwiek? Były i takie momenty że myślałam o sobie jako o ateistce. Moja rodzina nie jest bardzo wierząca. Nie ma nas co niedzielę w Kościele, nie uczestniczymy w żadnych różańcach czy drogach krzyżowych, nie jesteśmy w żadnych grupach. Tacy już jesteśmy. Ja sama zaś, no cóż, w jednym miesiącu codziennie się modlę, angażuję się, a w następnym... nic. W duchu podśmiewam się z siebie. Chyba po prostu nadal szukam swojej drogi.
Wczoraj po północy ulicą przejechało auto i przez okno wpadło światło z reflektorów. Na chwilę w moim pokoju zrobiło się jasno. Zobaczyłam krzyż wiszący nad drzwiami. Pomyślałam - może jest nadzieja? Może On istnieje? Tak naprawdę nigdy w to nie wierzyłam. Ale jak już zaczęłam od nowa, co gdyby i tu spróbować? Nawet jeśli gdy umrę i okaże się, że znów siebie oszukiwałam, że nie ma żadnego życia po życiu, anioła stróża i zawsze kochającego cię Boga, to co z tego? Przynajmniej za życia będę szczęśliwa. Chyba.
Tak więc uklękłam przed Nim, czego nie robiłam kilka długich miesięcy. Powiedziałam wszystko, co naszło mi w danej chwili chodziło mi po głowie - na głos, i tak wszyscy już dawno spali, a przez to poczułam, jakby to wszystko było bardziej realistyczne. Mniej idiotyczne.
Czy ktokolwiek to usłyszał? Nie mam pojęcia. Teraz, gdy o tym myślę coś mi mówi, że jestem kolejną naiwną osobą, która po prostu idzie za tłumem i daje się wrobić w głupoty, o których opowiadają nam w każdą niedzielę. Wcześniej mówiłam sobie, że będę silna, jeżeli się nie dam. Obecnie czuję, że nawet ciężej jest podążać za tym.
Ale spójrzmy na to w ten sposób. Ludzie robią wiele głupich rzeczy, by uszczęśliwić samych siebie. Skaczą z wysokości, wstrzykują sobie narkotyki, idą do łóżka z obcymi osobami. Ja po prostu zamiast tego spróbuję wiary. Może zadziała.