Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Koniec wolności

Tak, oczywiście, będę tu częściej. Mhm. Żebyście się nie przejadły tymi moimi postami.
Ostatnio nie mam na nic czasu. Nauka zabiera mi 70% życia. Resztę pozostawiam na sen, ale to i tak za mało. Nie mam czasu dla znajomych, nie mam czasu dla rodziny, ale co najgorsze, nie mam czasu dla siebie - na ćwiczenia, na oglądanie seriali, nawet na gapienie się w ścianę, a to tez jest potrzebne. Pocieszam się tym, że w nowym roku będzie lżej. Musi być, jak nie to się chyba potnę.
Mama zaczęła się martwić, że jem nieregularnie, albo za mało, albo za dużo, albo bezwartościowe produkty. I zgadnijcie co zrobiła? Zabrała mnie do dietetyka. Dietetyczki, tak właściwie.
Bałam się cholernie tej wizyty. Już nawet nie tego, co pokaże waga i cała reszta, ale tego, że ona mi powie, że nie mam czego zrzucać i wyśle mnie do domu. Z jednej strony miałaby rację, bo wszystko mam w normie jeżeli chodzi o BMI i te sprawy, ale psychicznie to jest tragedia...
Sama nie wiem czy mam się cieszyć, czy płakać. Z jednej strony wyreguluję sobie pory żywienia, nie będę przekraczała dziennego zapotrzebowania na kalorie, nie będę musiała się martwić o wymyślanie jakiś zdrowych posiłków. Ale z drugiej strony... nie będę miała żadnej wolności. Nie będę mogła nawet zdecydować z czym chcę kanapkę do szkoły, co chcę na obiad, koniec odpuszczania sobie. Nawet gdybym chciała, to nie ma na to szans. Mama już mnie uprzedziła, że będzie mnie pilnować żebym nic nie odwaliła. A jak będę płakać, jęczeć, to trudno. Kości zostały rzucone.
Naprawdę nie wiem, czy to wytrwam. Ostatnia dieta, którą ktoś mi narzucił, skończyła się strasznym dołem. Ale wtedy było lżej, bo to było na Vitalia.pl więc teoretycznie nikt mnie nie pilnował. Mogłam wpisać głupstwa do tabelek i nikt tego nie sprawdził. A teraz? Muszę tam wejść na wagę i już nie jestem jedyną osobą która widzi, co ona wskazuje. Boję się. Bardzo bym chciała wytrwać. Wyobrażam sobie, jaka będę z siebie dumna, gdy już mi się uda. Będę promieniała. Będę szczupła, zdrowa.
Ale do tego czasu jeszcze kilka miesięcy. Na pewno nie skończy się na zaledwie kilku tygodniach. Nie jestem optymistką, brak mi wiary w siebie. Boję się, że coś spieprzę.
Ostatnie kilka dni miałam naprawdę kiepskie jeżeli chodzi o odżywianie. Podjadałam, jadłam świństwa. W piątek miałam na obiad cztery kawałki pizzy. Wczoraj zjadłam sama cały popcorn. I jeszcze polałam go masłem. A dzisiaj na kolację zjadłam kanapkę z masłem orzechowym. No i mama upiekła ciasto cynamonowe....
Aż wstyd pisać takie rzeczy, ale przecież każdemu może zdarzyć się gorszy dzień... prawda?
Ale szczerze, ta cała wizyta u dietetyka nawet trochę mnie pocieszyła. Okazało się, że wszystko mam a normie - ilość tłuszczu w organizmie jest naprawdę mała, mięśni mam naprawdę dużo i nawet nie powinno być ich więcej, BMI prawidłowe. Mój wiek metaboliczny jest dokładnie taki jak prawdziwy. Zaczęłam się zastanawiać po co ja właściwie to robię, skoro wszystko jest ok.
Robisz to dla siebie, idiotko. Żeby nie płakać po nocach, że wyglądasz jak świnia. Żeby nie odwracać wzroku od szczupłych dziewczyn. Żeby przyciągać wzrok chłopaków. Żeby w końcu być szczęśliwą i zdrową nastolatką.
Od jutra postaram się pisać codziennie i dołączę do postów informacje o tym, co jadłam danego dnia. Wtedy będzie to już przypisane przez dietetyczkę. 
Naprawdę nie wiem, czy dam radę... Trzymajcie kciuki.

środa, 22 października 2014

158%

Czuję jak nurek.
Z każdą chwilą nurkowałam coraz to głębiej, szukając tam ucieczki. Nie chciałam widzieć tego, że z każdym metrem robi się coraz ciemniej.
Aż dotknęłam dnia. Uderzyłam w nie z takim impetem, że zabolało. Ale przejrzałam na oczy.
Wypłynęłam na powierzchnię i wzięłam głęboki wdech. Zobaczyłam słońce i ląd w oddali. Jest jeszcze daleko ode mnie, ale istnieje. I z każdą chwilą się zbliża, jest coraz bardziej realny. Osiągalny.
Chcę bardzo przeprosić, że mnie dość długo nie było. Tafla wody jest dość daleko od dna, potrzebowałam chwili, żeby wypłynąć. Ale jestem, z nową siłą, z nową motywacją. Z nowym spojrzeniem na świat.
Na początku powiedziałam sobie, że zapomnę o tych czarnych dniach i zacznę całkowicie od nowa, ale przecież nie mogę. Jeżeli zignoruję przeszłość, to będę cały czas powtarzać stare błędy. Nie zmienię swojego życia w ten sposób. I chociaż fakt, że miałam chęć się pociąć, że już trzymałam w ręku finkę, przeraża mnie, to nie mogę tego zostawić. Każde spojrzenie na małe cięcie na dłoni ma mi przypominać, jak wygląda dno i przestrzegać mnie przed powrotem na nie. Chociaż może jest to łatwiejsze niż kurczowe trzymanie się powierzchni.
Na początku tego roku szkolnego zapisałam się na zajęcia teatralne. Aktorstwo zawsze było czymś, czego chciałam spróbować, ale nigdy nie było okazji. Idąc tam nie zastanawiałam się jednak na taki wstrząs. Na początku, zanim przejdziemy do ćwiczeń aktorskich, mamy zajęcia o ludzkiej psychice, o postrzeganiu świata. Padło tam takie piękne zdanie - postrzegam rzeczywistość tak, jak chcę ją postrzegać, świadomie bądź nieświadomie, in plus bądź in minus. Długo nie mogłam tego zrozumieć, ale teraz już wiem. Nasze reakcje, relacje w które wchodzimy, zadania, których się podejmujemy, chociaż często nas ranią są tym, czego tak naprawdę chcemy - chociaż nie zdajemy sobie z tego sprawy. I na tym to wszystko polega - jeżeli dowiemy się, czego chcemy, odkryjemy, że nasze marzenia i przekonania nie są dla nas dobre, możemy je zmienić. Możemy wszystko zmienić. Możemy zamiast płakać przy patrzeniu w lustro uśmiechać się do naszego odbicia. Możemy opanować apetyt, zmotywować się do ćwiczeń. 
Możemy wszystko. Nie ma przeszkód. Są tylko osiągalne cele.  
Dotarło to do mnie wczoraj, akurat przed tym, jak zaczął się mój trening na basenie. Powiedziałam sobie wtedy, że dam radę. Z tym całym chudnięciem, ćwiczeniami, do celu już niedaleko. Zaangażowałam się całą sobą na basenie. Włączyłam każdy mięsień w moim ciele. Miałam wrażenie, że czuję, jak tłuszcz znika z moich nóg, brzucha. Dałam z siebie 100%. Nie, więcej. 150%. A nawet 158%.
Jedyne, czego jeszcze muszę się nauczyć, to akceptowanie własnych wyborów oraz ich konsekwencji. Raz mi się to udało. Miałam naprawdę ciężki dzień w ten poniedziałek, nie mogłam przestać jeść. Następnego dnia weszłam na wagę. 57,3. Nie wkurzyłam się. Zdecydowałaś się na jedzenie, teraz pogódź się z konsekwencjami, powiedziałam sobie. I zadziałało. 
Aż zadziwiające, jaką siłę ma ludzki umysł.
______________________________

Mam pytanie - wczoraj wpadłam na pomysł na założenie snapchata albo instagrama, na którym mogłabym sie z wami lepiej komunikować, motywować siebie nawzajem itd bardziej spontanicznie niż tutaj na blogu.. co myślicie? Jeżeli któraś z was ma taki profil to koniecznie mi napiszcie, jestem ogromną fanką Instagrama i Snapchata na pewno zajrzę :)

piątek, 3 października 2014

Wuddup life reference?

Są osoby na tym świecie, które naprawdę potrafią na mnie wpłynąć w ogromny sposób. Moje autorytety - osoby, których niemal każde wypowiedziane słowo jest dla mnie złotem. Jedną z takich osób jest Lily Singh, w internecie znana jako IISuperwomanII.
Moja przygoda na Unicorn Island zaczęła się, gdy raz po lekcjach przyjaciółka pokazała mi video 'Girls on their periods'. Do dzisiaj uważam je za jedno z najzabawniejszych, jakie zobaczyłam kiedykolwiek na YouTube, ale także jest bardzo życiowe. Oczywiście, nikt nie pozostaje na jednym, w dwa tygodnie obejrzałam chyba wszystkie jej filmy. Jej poglądy stały się moimi mottami, na przykład zdanie, które wypowiedziała dość niedawno - 'Czasem trzeba być samolubnym, by być szczęśliwym', albo 'Myśl mniej' Większość tego, co robi ma służyć wywoływaniu u ludzi uśmiechu, ale czasem, gdy nieco spoważnieje... wtedy powstaje magia. Potrafi pociągnąć tłumy. Gdy we vlogu oświadczyła, że bierze się za siebie, że zacznie zdrowo się odżywiać, bo wcześniej jej dieta była karygodna, tysiące ludzi odezwało się, że będzie jej towarzyszyć. 
Tej nocy, kiedy powstał ten blog, kiedy postanowiłam zmienić swoje życie na lepsze, miałam wrażenie, jakby ona zrobiła coś...specjalnie dla mnie. Po opublikowaniu posta Naciśnij PLAY zamknęłam kartę Bloggera, i przed oczami ukazał mi się Facebook, a tam, na tablicy wstawiony przez nią link do wideo, wstawionego już ponad rok temu, którego jakimś cudem jeszcze nie widziałam. Było już późno, ale stwierdziłam, że na to mogę poświęcić czas, zwłaszcza gdy zobaczyłam tytuł - Your Wake Up Call. 
Gdy mówiła, czułam, jakby mówiła wprost do mnie. Jakby siedziała obok mnie na łóżku i trzymając za rękę powtarzała, że czas się ogarnąć. Pierwszy raz miałam takie uczucie. Nigdy czyjeś słowa tak do mnie nie trafiły. Były jak takie pozytywne uderzenie z liścia, dały mi do zrozumienia, że gdybym czekała na szczęście jeszcze chwilę, zatraciłabym się w czymś, z czego wyjście nie byłoby tak łatwe. Życie nie przyjdzie do ciebie, samo, trzeba wyciągnąć do niego rękę. I choć wiele osób przede mną to powtarzało, to ja powiem to po raz kolejny - pamiętajcie, że na Ziemi jest wiele osób, które marzą być mieć nasze życia. By móc robić to, co my robimy. Tymczasem my siedzimy tylko i narzekamy. A może jednak warto ruszyć tyłek i cieszyć się tym, że Bóg nam dał przeżyć jeszcze jeden dzień? Nigdy przecież nie wiemy, kiedy nadejdzie ten moment, gdy ktoś wysoko nad nami zdecyduje zamknąć przed nami drzwi na wieki, a my będziemy po drugiej stronie żałować tych rzeczy, których nigdy nie zrobiliśmy. Godzin, które zmarnowaliśmy. Ludzi, których nie poznaliśmy.
Lily Singh zmotywowała mnie do rozpoczęcia zdrowej diety. W końcu przekonała do zostania wegetarianką. Pokazała mi powody, dla których warto się cieszyć. Sprawia, że śmieję się w każdy poniedziałek i czwartek. 
Jeżeli znacie dobrze angielski i macie chwilę wolnego, naprawdę obejrzyjcie filmiki takie jak 10 More Reasons to Smile5 MINUTES OF EPIC MOTIVATION! albo 25 Things I Learned While I Was 25. Kto wie, może zmienią one wasze poglądy, może zmotywują, może rozbawią. Może i dla was będzie to 'wake up call'.