środa, 5 listopada 2014

#6 Chora? Czy tylko zagubiona?

Wróciłam od psychologa. I nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. 
Ta wizyta pomogła mi chyba najbardziej ze wszystkich. Może dlatego, że przechodzę przez naprawdę ciężki czas.
W każdym razie, pani psycholog zaproponowała nauczanie indywidualne.
Zastanawiam się teraz, jak bardzo jest ze mną źle. Niby wiem, że coś jest nie tak... ale to było takie powiedzenie tego wprost.
Sama nie wiem co zrobić. Ona powiedziała, że decyzja należy do mnie. Oczywiście, rodzice muszą zaakceptować, ale to ja mam ostatnie słowo. Powiedziała też, że to raczej nie wpłynie na moje kontakty ze światem, bo ja i tak jestem bardzo wyizolowana w szkole, a przerwa, np. do końca semestru, dałaby mi szansę na spokoje wyjście z tej depresji, wyleczenie ataków paniki bez narażania na dodatkowy stres. Ale sama nie wiem... jestem w kropce.
Któraś z was napisała mi,  że i ona miała nauczanie indywidualne (zanna, to zdaje się byłaś ty). Proszę napisz mi, czy warto. Jak to wygląda. Czy jest szansa, że  mi pomoże, bo tylko to się liczy.
Nie wiem, czy dam radę iść do szkoły jutro. Boję się...

#5 Czy proszę o tak wiele?

Chcę tylko być szczęśliwa. Czy proszę o tak wiele?
Tak usilnie próbuję, a tu ciągle nie wychodzi. Budzę się rano, totalnie bez humoru, i nawet nie wiem, dlaczego tak jest. Dostaję ataki paniki, gdy jestem z rodziną, w przytulnych miejscach. 
Dzisiaj idę do psychologa. Co jeżeli okaże się, że jest ze mną bardzo źle? Mama groziła mi ostatnio psychiatrą. Niby nic wielkiego, ale to słowo mnie przeraża. Leki. Leczenie. Ew.
Dowiedziałam się też, że nie mogę nawet ufać własnemu ciału. Gdy jestem w szkole, czuję się fatalnie. Jest mi zimno, mam katar, kaszel, ból głowy. Jakbym była chora. Wracam do domu, dostaję leki, potem nic mi nie jest. Nie symuluję. Nie udaję. Naprawdę się tak czuję. Ale lekarz nic nie stwierdza. Mama się martwi, bo nie wie już, kiedy jestem naprawdę chora, a kiedy moje ciało po prostu symuluje chorobę, żeby nie iść do szkoły.
To mnie przeraża. Zgubiłam się w tym wszystkim.
Mam nadzieję na poprawę. Nie chcę już tak żyć. Chcę tylko być szczęśliwa. Czy proszę o tak wiele?
Wczoraj w nocy nie mogłam zasnąć i myślałam dużo. I nagle już wiedziałam, co chcę zrobić z twoim życiem. W lipcu chcę zorganizować swoje urodziny. Moje 'sweet sixteen' (tak, mam tylko 15 lat). Nawet zrobiłam już skarbonkę do której będę wrzucać 30% wszystkiego, co dostanę. Żeby to były wspaniałe urodziny. Żeby to było zwieńczenie moich trudów, przez które teraz przechodzę. A jak nie wydam wszystkiego, to nawet lepiej dla mnie.
Chcę przemeblować i przemalować pokój. W obecnej formie zbyt mnie dołuje. Przypomina mi o tych wszystkich przepłakanych nocach, dniach, kiedy nie mogłam wyjść z własnego łóżka. Potrzebuję zacząć od nowa.
Chcę iść do liceum na profil IB (matura międzynarodowa), a jeżeli się nie dostanę, to do Liceum Marii Magdaleny do klasy z rozszerzonym angielskim, polskim i historią. Gdy skończę 18 lat wezmę plecak, przyjaciółkę albo chłopaka (jeżeli taki się znajdzie) i pojadę do Anglii na wycieczkę. Zobaczę te male miasteczka, te piękne krajobrazy, poczuję klimat tego cudownego, fascynującego kraju. Po zdaniu matury zrobię sobie rok przerwy. Popracuję trochę, zarobię pieniądze. I wyjadę. Jak najdalej, najlepiej do Ameryki, może do Anglii na studia.  
Wiem, że te plany mogą być trudne do zrealizowania. Wiem, że nie wszystko może się udać. Wiem, że wybiegam daleko w przyszłość. Ale, jak to Paulo Coelho napisał w książce "Alchemik", "To spełnianie marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące". 
A ja chcę tylko być szczęśliwa. Czy proszę o tak wiele?


Dzisiaj zjadłam dokładnie to samo, co napisałam w tym poście, z tym, że jeszcze wypiłam 250 ml świeżego soku marchwiowego.

niedziela, 2 listopada 2014

#4 Coś we mnie umarło

Już nie mogę.
Tylko płakać. Spać.Wstać. Znów płakać.
Wszystko runęło. Starania. Motywacja. Już ich nie ma. Ja już nie chcę.
Płakać...
Mam naprawdę fajną rodzinę. Zarąbistą. Kuzyni są dla mnie bardziej jak przyjaciele. Każdej cioci mogłabym się zwierzyć. Wszyscy sobie ufamy. I jak słyszę opowieści innych o niezręcznych rozmowach na rodzinnych zjazdach to aż nie mogę uwierzyć. U nas zawsze jest tak fajnie. Śmiejemy się, rozmawiamy, idziemy na boisko pograć... Zawsze się cieszę, gdy z jakiejkolwiek okazji mogę się z nimi spotkać.
Ale tym razem tak nie było. To była porażka. Masakra. 
Przyjechałam tam w całkiem dobrym nastroju, bo w drodze słuchałam "Alchemika" Paulo Coelho (w aucie nie mogę czytać, bo mam chorobę lokomocyjną, a audiobooki to świetna alternatywa) i podniosło mnie to na duchu. Wspaniała książka. Było tam takie piękne zdanie - "Jeżeli czegoś mocno pragniesz, to cały wszechświat będzie ci potajemnie kibicował", czy coś podobnego. Uwierzyłam, że dam radę. Nie zjem tych wszystkich przygotowanych ciast. Nie będę w siebie wciskać domowych potraw. Wytrzymam. 
Początek był nawet nie najgorszy. Na obiad zjadłam tylko trochę kaszy, ryżu i surówki z marchewki. Było trudno, patrzeć na moich obżerających się krewnych. Musiałam wyjść wcześniej z jadalni, w ogóle dużo się izolowałam. Dostaję ataków paniki przy zbyt dużym tłumie. A tam cały czas był hałas, rozmowy, szum. Dopiero, gdy poszli na spacer mogłam na spokojnie posłuchać muzyki, trochę pobawić się z półrocznym kuzynkiem i odpocząć, ale potem nadszedł kryzys.
Rodzina wróciła ze spaceru i zasiadła do kawy. Ja nawet nie usiadłam przy stole, nie mogłam patrzeć na wszystkie moje ulubione ciasta, których musiałam sobie odmówić. Ale gdy zaczęli jeść... coś we mnie pękło. Wyszłam do jednego z pustych pokoi. Mama mnie znalazła, gdy już byłam cała we łzach. 
Myśli uderzyły we mnie, niczym ogromna fala zalały mój umysł. Dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy? Dlaczego inni jedzą co chcą, a i tak są szczupli? Cholernie chudzi? Ja nigdy taka nie będę. Dlaczego ja nie mogę zjeść kawałka ciasta i nie widzieć, jak waga idzie w górę? Dlaczego muszę katować się dietą i ćwiczeniami? Mówię, że to mi sprawia przyjemność. Cholerne kłamstwo. Czasem chce mi się płakać, gdy wracam z biegu. Są wyjątki, bywa fajnie, ale coraz rzadziej. Dieta nie wydaje mi się już smaczna. 
Chcę jeść... Pozwólcie mi...
Płakałam wtedy przez godzinę. Musiałam wyjść z tatą z domu. Zrozumiałam wtedy, w jak wielkim byłam błędzie. Moi rodzice nie rozumieją mnie. Ani trochę. Zwłaszcza mój ojciec. Mogę mu tłumaczyć, ale on nadal to samo. Ruszaj się więcej, nie jedz słodyczy, schudniesz. Ale ja to wiem. Nie szukam sposobu na to jak schudnąć, bo już go znam. Szukam sposobu na to, by być szczęśliwą.
A teraz jestem zdołowana. Sama. Przerażona. 
Naprawdę nie wiem, jak wytrzymam jutro w szkole. Nie mam bladego pojęcia.
Nie napiszę bilansu. Po tym zdarzeniu strasznie się nażarłam, nawet nie wiem, co zjadłam. Ciasta, kanapki, pierogi... dużo tego było. 
Jest mi wstyd. Tak bardzo wstyd...
Ma ktoś nóż...?

piątek, 31 października 2014

#3 Było intensywnie

Ten tydzień wyciągnął ze mnie wszystkie siły. Zmienił mój sposób odżywiania. Status ze 'w związku' na ' wolna'. Dał mi szansę po raz pierwszy przebrać się na Halloween. 
Jestem wykończona. Ta cała dieta... moja mama mówi, że wyglądam na szczęśliwszą i zakłada, że to dlatego, że jem dużo warzyw i owoców. Ale ja jakoś tego nie widzę. Po prostu przy niej staram się uśmiechać, być radosna, bo wiem, że ona ma swoje problemy. Przeszła niedawno operację, była w szpitalu, a teraz są jeszcze powikłania. Ja też bardzo ciężko to przeżyłam, ale to nie jest temat na ten moment. W każdym razie staram się przy niej nie pokazywać złych emocji. A prawda jest taka, że wieczorami jestem zdołowana. Brakuje mi motywacji i energii, żeby cokolwiek robić. Ledwo skończę jeden posiłek, a już myślę o następnym... A dzisiaj....  Brałam udział w zbiórce zastępu (siostry harcerki wiecie o co chodzi), w ramach której zorganizowałyśmy taką jakby imprezę halloweenową. I co? One zjadły całą czekoladę i paczkę ciastek. Potem poszłyśmy na podchody i jednym z zadań było zapukać po cukierka (byłyśmy przebrane, ja miałam poderżnięte gardło, więc z tym nie było problemu). Dostałam siateczkę żelków i schowałam ją do kieszeni. One jadły, podczas kiedy ja dyskretnie zeszłam do kuchni zjeść marchewkę, żeby przynajmniej nie być głodną...
Ciężko mi. Naprawdę.

Ś: jogurt wiosenny z pieczywem i mozzarellą
S: kanapka z jajkiem i koktajl brzoskwiniowy(mniam!!)
O: kasza gryczana zapiekana z grzybami
K: nadziany pomidorek

Być może zauważyłyście, ale w prawym górnym rogu bloga jest link do mojego instagrama, jeżeli chciałybyście zobaczyć jak wyglądam itd. Wstawiam też zdjęcia zrobionego przeze mnie jedzenia :)

czwartek, 30 października 2014

#2 Woda, waga, związki...

W sumie dzisiaj nie ma nic, o której koniecznie chciałabym napisać. Mam masę rzeczy, które nasuwają mi się na myśl, ale żadna w sumie bardzo ważna. I tak od samego rana. Więc po prostu... zaimprowizuję.
Od czasu rozpoczęcia tej diety wlewam w siebie litry wody dziennie. Dietetyczka przypisała mi do każdego posiłku szklankę wody lub herbaty(nie piszę ich w jadłospisie bo nie zawierają kalorii) i do tego jeszcze woda z cytryną na czczo i 1,5 l dodatkowo między posiłkami. Niestety przez to muszę zabierać do szkoły cała litrową butelkę, która trochę waży, i latać do łazienki na niemal każdej przerwie. I szczerze, nie czuję się jakoś przez to lepiej. Mam cichą nadzieję na poprawienie się stanu mojej skóry, bo ostatnio jest dość kiepski, ale póki co to zmian nie ma. A po wypiciu dużej ilości wody naraz, co zdarza się dość często, jest mi niedobrze i czuję się nieprzyjemnie pełna. Ew. To jest póki co najbardziej irytująca rzecz w całej tej diecie.
Kolejna rzecz, z której zrezygnowałam to codzienne ważenie się. Usłyszałam na wizycie, że jest to niezdrowe i często nieadekwatne do ilości jedzenia, którą skonsumowaliśmy poprzedniego dnia - zwłaszcza u nas dziewczyn gdzie to często może być związane z okresem, zatrzymaniem wody w organizmie itd. Dlatego teraz będę się ważyć w każdy poniedziałek. W tym tygodniu było 59 kg(co zapisałam w zakładce 'Ja w cyferkach'). Przytyłam trochę, no ale cóż. Mam ogromną nadzieję zobaczyć 58 na wyświetlaczu, ale naprawdę nie wiem, czego się spodziewać. Każdego ranka walczę z pokusą wejścia do łazienki i szybkiego zważenia się. Ale póki co się nie złamałam.
Trzecia i ostatnia rzecz nie jest związana z odchudzaniem ani niczym takim, ale ma dość duży wpływ na mój nastrój więc zdecydowałam się o tym napisać. Zerwałam z chłopakiem. Pierwszy związek, pierwsze zerwanie. Byłam przez niego nieszczęśliwa, dołował mnie. Nie starał się o spotkanie, nie odzywał się całymi dniami, gdy ja przeżywałam najgorsze chwile. Nie pasowaliśmy do siebie. Traktowałam go chyba bardziej jak przyjaciela, z czego niedawno zdałam sobie sprawę.  Powodów było jeszcze więcej. Ale teraz jest mi go bardzo żal, bo wiem, jakie były jego uczucia w stosunku do mnie...

Dobra, dość tych rozkmin, czas na jedzenie:
Ś: płatki śniadaniowe z mlekiem odtłuszczonym
S: serek wiejski z rzodkiewką i jabłko
O: naleśnik z malinami i serkiem homogenizowanym
K: sałatka z cieciorki, kukurydzy, marchewki, ogórków kiszonych i jajka.

A tak przy okazji, zostało tylko 51 dni do przerwy świątecznej.

środa, 29 października 2014

#1 No to poszło

Nie ma czasu na usprawiedliwienie. Powiem tylko, że brak czasu to straszna rzecz.
W poniedziałek zaczęłam moją dietę. I póki co jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona. Posiłki są naprawdę ogromne, rzadko kiedy daję radę zjeść cały. Dania są do tego bardzo smaczne i urozmaicone, chociaż przyznam, że trochę przeraża mnie ilość serka wiejskiego w tym jadłospisie.
Najgorsze jest to, że wszyscy dookoła jedzą. Na każdej przerwie w szkole, w domu, na zajęciach. Jedzą pączki, słodycze, biały chleb. A we mnie wtedy uderza świadomość, że ja do takich rzeczy nie będę miała dostępu przez następne tygodnie, a nawet miesiące. Przy tym są to dopiero pierwsze dni.
Chwilami żałuję, że się tego podjęłam, bo boję się, że wszystko zepsuję. Ale zaraz się podnoszę, tylko po to, by znów upaść. 

Poniedziałek:
Śniadanie:  muesli z szklanką mleka odtłuszczonego
Szkoła: ananas z otrębami i jogurtem naturalnym, banan
Obiad: kotlety sojowe w warzywach
Kolacja: sałatka z pomidora, ogórków i kukurydzy + sos z jogurtu

Wtorek:
Ś: kanapka z serkiem wiejskim i rzodkiewką
S: koktajl bananowo-ananasowy, winogrona
O: kuskus z pieczarkami i groszkiem
K: sałatka z ogórka kiszonego, groszku i kukurydzy

Dzisiaj:
Ś: mozzarella z pomidorami i rukolą
S: serek wiejski z pomidorem, mandarynka
O: gęsta zupa warzywna z fasolką
K: sałatka grecka

Nie jest łatwo. Ja tam czekam na 11 listopada.

PS. Jeśli chcecie przepisy na któreś z tych rzeczy to piszcie śmiało, dodam, że wszystkie były przesmaczne

niedziela, 26 października 2014

Koniec wolności

Tak, oczywiście, będę tu częściej. Mhm. Żebyście się nie przejadły tymi moimi postami.
Ostatnio nie mam na nic czasu. Nauka zabiera mi 70% życia. Resztę pozostawiam na sen, ale to i tak za mało. Nie mam czasu dla znajomych, nie mam czasu dla rodziny, ale co najgorsze, nie mam czasu dla siebie - na ćwiczenia, na oglądanie seriali, nawet na gapienie się w ścianę, a to tez jest potrzebne. Pocieszam się tym, że w nowym roku będzie lżej. Musi być, jak nie to się chyba potnę.
Mama zaczęła się martwić, że jem nieregularnie, albo za mało, albo za dużo, albo bezwartościowe produkty. I zgadnijcie co zrobiła? Zabrała mnie do dietetyka. Dietetyczki, tak właściwie.
Bałam się cholernie tej wizyty. Już nawet nie tego, co pokaże waga i cała reszta, ale tego, że ona mi powie, że nie mam czego zrzucać i wyśle mnie do domu. Z jednej strony miałaby rację, bo wszystko mam w normie jeżeli chodzi o BMI i te sprawy, ale psychicznie to jest tragedia...
Sama nie wiem czy mam się cieszyć, czy płakać. Z jednej strony wyreguluję sobie pory żywienia, nie będę przekraczała dziennego zapotrzebowania na kalorie, nie będę musiała się martwić o wymyślanie jakiś zdrowych posiłków. Ale z drugiej strony... nie będę miała żadnej wolności. Nie będę mogła nawet zdecydować z czym chcę kanapkę do szkoły, co chcę na obiad, koniec odpuszczania sobie. Nawet gdybym chciała, to nie ma na to szans. Mama już mnie uprzedziła, że będzie mnie pilnować żebym nic nie odwaliła. A jak będę płakać, jęczeć, to trudno. Kości zostały rzucone.
Naprawdę nie wiem, czy to wytrwam. Ostatnia dieta, którą ktoś mi narzucił, skończyła się strasznym dołem. Ale wtedy było lżej, bo to było na Vitalia.pl więc teoretycznie nikt mnie nie pilnował. Mogłam wpisać głupstwa do tabelek i nikt tego nie sprawdził. A teraz? Muszę tam wejść na wagę i już nie jestem jedyną osobą która widzi, co ona wskazuje. Boję się. Bardzo bym chciała wytrwać. Wyobrażam sobie, jaka będę z siebie dumna, gdy już mi się uda. Będę promieniała. Będę szczupła, zdrowa.
Ale do tego czasu jeszcze kilka miesięcy. Na pewno nie skończy się na zaledwie kilku tygodniach. Nie jestem optymistką, brak mi wiary w siebie. Boję się, że coś spieprzę.
Ostatnie kilka dni miałam naprawdę kiepskie jeżeli chodzi o odżywianie. Podjadałam, jadłam świństwa. W piątek miałam na obiad cztery kawałki pizzy. Wczoraj zjadłam sama cały popcorn. I jeszcze polałam go masłem. A dzisiaj na kolację zjadłam kanapkę z masłem orzechowym. No i mama upiekła ciasto cynamonowe....
Aż wstyd pisać takie rzeczy, ale przecież każdemu może zdarzyć się gorszy dzień... prawda?
Ale szczerze, ta cała wizyta u dietetyka nawet trochę mnie pocieszyła. Okazało się, że wszystko mam a normie - ilość tłuszczu w organizmie jest naprawdę mała, mięśni mam naprawdę dużo i nawet nie powinno być ich więcej, BMI prawidłowe. Mój wiek metaboliczny jest dokładnie taki jak prawdziwy. Zaczęłam się zastanawiać po co ja właściwie to robię, skoro wszystko jest ok.
Robisz to dla siebie, idiotko. Żeby nie płakać po nocach, że wyglądasz jak świnia. Żeby nie odwracać wzroku od szczupłych dziewczyn. Żeby przyciągać wzrok chłopaków. Żeby w końcu być szczęśliwą i zdrową nastolatką.
Od jutra postaram się pisać codziennie i dołączę do postów informacje o tym, co jadłam danego dnia. Wtedy będzie to już przypisane przez dietetyczkę. 
Naprawdę nie wiem, czy dam radę... Trzymajcie kciuki.